Witajcie w naszym małym świecie, który chcemy Wam pokazać i do którego zapraszamy Was choćby na jeden dzień. W uproszczeniu nazwaliśmy go weselem lanckorońskim. Nie traktujcie tego jak nazwy miejscowości, do której trzeba się udać, To raczej nasz sposób bycia w świecie.
Lanckorona od wieków funkcjonuje na granicy między miastem a wsią, między biegiem a ciszą. Nigdy nie stała się ośrodkiem przemysłowym ani administracyjnym. Dla nas jest przede wszystkim miejscem sensu. Drewniana zabudowa, rynek i domy „jakby z innego czasu” nie są rekonstrukcją, lecz świadectwem ciągłości, bo Lanckorona się nie zatrzymała, ale nie dała się pospieszać.
Z czasem stała się miejscem wybieranym przez ludzi twórczych. Oferowała harmonijną pauzę, krajobraz i rytm, których brakowało gdzie indziej. Sprzyjała skupieniu, pozwalała myśleć wolniej i dawała przestrzeń na rozmowę. Nigdy nie była modna w sensie masowym, była wybierana przez tych, którzy akurat tego teraz potrzebowali.
Dlatego tytuł naszego wesela odwołuje się do Lanckorony, choć nie odbywa się właśnie tam. To wesele jest lanckorońskie, bo nie będzie się opierać się na schematach i rytuałach, lecz na zrozumieniu relacji. Spróbujemy uciec od powierzchowności, szukając obecności. Chcemy widzieć świat jako czas i przestrzeń, w którym możemy być razem, choćby na moment.
A poza tym to tylko kilka minut drogi od miejsca, w którym weźmiemy ślub.
Podczas tego wydarzenia mogą występować motywy nawiązujące do „Wesela” Wyspiańskiego. Jak tak na to patrzę to widzę, że nie pisał on dramatu o wybranym przez siebie weselu ani nawet o Polsce przełomu wieków. Napisał dramat cywilizacyjny, który w 2026 roku brzmi zaskakująco aktualnie, bo opisuje moment, w którym widać społeczną energię, lecz nie wiadomo w jakim kierunku podążać. Wspólnota istnieje fizycznie, ale mentalnie jest rozbita.
Akcja dzieje się w epoce nieustannej komunikacji i powszechnego niezrozumienia. Mamy potrzebę wypowiedzenia więcej słów niż kiedykolwiek, ale mniej rozmawiamy. Nie mamy słuchu społecznego.
Ślub nasz, podobnie jak u Wyspiańskiego w „Weselu”, to namysł o zmianie, która nadchodzi. To szansa na decyzję o wspólnym trwaniu. O podtrzymywaniu tego co już dziś mamy. Jest momentem przejścia ze snu. Pytanie, no właśnie dokąd? Mamy nadzieję, że do dobrej codzienności.
Życzymy sobie i Wam by tym razem finał tego dramatu udało się skierować na dobre tory.

